19 listopada 2015 Kasia Potasznik 16Comment

guide-423824_1280

Już specjalnie odkrywczym chyba nie jest, że człowiek gdyby chciał i mógł to by się zmienił. A, że nie chce i nie może to bywa z tą zmianą różnie. Chciałabym Ci dziś przedstawić jedną z obaw, która pojawia się zarówno przed ruszeniem w kierunku zmiany, jak i podczas jej procesu.

Jeśli chcesz szybko i konkretnie to zjedź na dół do „polemiki”, która jest kwintesencją tematu :)

Obawa przed zmianą, o której chce napisać to obawa przed tym, że będzie inaczej. Ciekawe, prawda? Ciekawe, bo przecież właśnie zmiana tego, czego nie chcemy ma dać nam to, czego chcemy. I już tutaj wita się z nami pierwszy haczyk. Brak akceptacji tego, co mamy niekoniecznie wiąże się z tym czego chcemy, nie jest to połączone, choć tak nam się wydaje.

Przykład
Myślisz: Jeśli schudnę uwierzę w siebie.
A w rzeczywistości: Jeśli schudniesz to będziesz tylko szczuplejszy. Ewentualnie, jeśli uda Ci się utrzymać ten stan to poza byciem szczupłym możesz sobie również pogratulować wytrwałości i tego, że „pokonałeś siebie” (uwielbiam ten zwrot), jak i (co przecież nie bez znaczenia) opinię innych i błysk w ich oczach, kiedy zobaczą Cię w nowej odsłonie, wow.

Nie ma tu jednak, jak widzisz, prawdziwej wiary w siebie.

Bowiem, jeśli w siebie nie wierzysz to nie nakarmisz tego braku  niczym zewnętrznym. Zawsze będziesz uciekać od tego, co masz w innym kierunku, który niby tym razem już na pewno da Ci wiarę w siebie. W istocie, wiarę w siebie trzeba odzyskać  poprzez konfrontację z tym, co kiedyś Ci ją odebrało.

O nie, będzie inaczej
Lubimy to, co mamy. I lubimy nie tylko to, co daje się lubić, ale również to, czego nie lubimy, ale jest nasze. Ważniejsze dla nas jest to, że coś jest nasze niż to, jakie to jest. „Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”, znasz? Bez względu na to czym ów wróbel jest z trudem chcemy się z nim rozstać. Choćby nawet było kiepsko, to jeśli czujesz, że jest to częścią Ciebie, to trudno się dziwić, że nie chcesz z tego rezygnować.

Boimy się również, że jeśli już się zmienimy i będziemy sobie tacy inni to stracimy to, co teraz lubimy. Coś w stylu: „Jeśli zacznę się zdrowo odżywiać to już nigdy nie zjem chipsów i pewnie zacznę jeść regularne posiłki”. Czai się za tym prawdziwy zamach na naszą wolność, a na to, to akurat my sobie pozwolić nie możemy! Wobec takiego argumentu rzeczywiście trudno ruszyć w kierunku zmiany, jeśli mamy zostać zniewoleni przez różne dziwne nawyki, które, co gorsza, będziemy wdrażać z radością. A tego, rzeczywiście nie można przyjąć. Cała wstecz, nie będzie żadnych zmian.

Polemika
Powyższy przykład pięknie obrazuje działanie naszego umysłu, który pod przykrywką obawy przed odebraniem wolności właśnie tą wolność ogranicza. W wolności moim zdaniem chodzi o to, żeby robić to, co uważamy dla siebie za dobre, mając możliwość podjęcia swobodnie takiej decyzji. Życie jest sztuką wyborów, natomiast nie można ich podejmować, jeśli coś ten wybór ogranicza.
Jeśli na przykład w chwili obecnej nie uprawiasz żadnej aktywności, bo nie lubisz i potrzebujesz się ciągle do tego przekonywać, to brak ruchu nie jest wyborem. 
Wybór jest wtedy kiedy jest Ci wszystko jedno czy siedzisz na kanapie czy wychodzisz na spacer. Możesz zrobić jedno lub drugie, w zależności od tego, na co masz ochotę. Wybierasz. Nie ma wyboru, jeśli jedna z opcji jest Ci niedostępna. Kolejny przykład – odżywiam się zdrowo, ale mam ochotę na czekoladę. Mogę zjeść, mogę nie zjeść, ale bliżej mi do tej ochoty, więc jem. Jem i nie czuję się źle, że oto dokonałam zamachu na własny organizm i pewnie teraz będę gruba albo umrę. Chociaż, nawet jeśli umrę to z własnego wyboru przecież. Chciałam, zjadłam, jestem szczęśliwa.

Natomiast…
Mimo tego, że mając wybór, można dokonać również tych, które powiedzmy…nie są tą lepszą opcją (choć i do tego, co komu), to raczej większe 
prawdopodobieństwo jest tego, że zdecydujesz się na spacer, marchewkę, książkę. I nie dlatego, że „tak trzeba, bądź cool”, tylko dlatego, że będzie ci do tego bliżej ze względu na indywidualną korzyść. Generalnie lepiej będziesz czuć się po warzywach te zwykle jedząc, ale jeśli postanowisz zjeść frytki to Twój świat nie runie.

Dlatego…
Zmiany warto dokonywać na przyglądaniu się temu, co nas w konkretnej sytuacji ogranicza. Nie można mówić o wyborze będąc skazanym tylko na jedną możliwość.

Zmiana daje wolność wyboru. Nie ogranicza.
To jest jej piękno i kwintesencja :)

Tak na prawdę, jeśli zmienisz swój punkt widzenia, ale uznasz, że Twoje obecne życie jest lepsze niż to, które osiągniesz to zaskoczę Cię – będziesz mógł je sobie zorganizować w taki sam sposób :) Będziesz jednak o tyle szczęśliwszy, że jego drugim dnem będzie Twoja świadomość, chęć, wola, decyzja, a nie tkwienie w schematach i ograniczeniach.

I tego Ci życzę! :)


Zróbmy mały eksperyment, napisz w komentarzu pierwsze skojarzenie, które przychodzi Ci do głowy ze słowem „zmiana”.


Jeśli spodobał Ci się ten tekst daj temu wyraz i udostępnij :)


  • Kamila

    Jedyne co pewne to zmiana

  • MamaFit pl

    zmiana = rozwój :)

  • Maja Janik

    zmiana= nowe cenne doświadczenie + zwiększona świadomość :D

  • Przewartościowanie samej siebie.

    Wiesz co? Najbardziej to mnie uderzyła konfrontacja z tym, co odebrało mi wiarę w siebie. Siedze i myślę.

  • Zmiana to dla mnie stawanie się każdego dnia coraz lepszym człowiekiem, praca nad sobą i pokonywanie własnych słabości.
    Kinga

  • Daniel Craig

    Nie pytaj :))))

  • Mimo wszystko zmiana czasem ogranicza, ale w dobry sposób, bo zamykając jedne możliwości, otwiera nowe. Każdy wybór jest przecież ograniczeniem, odcięciem się od niewybranych opcji. Jedne zmiany są delikatne i zachodzą dzień po dniu, ale inne mogą być bardzo drastyczne, jak rozwód, decyzja o pójściu na terapię lub wyjazd na drugi koniec świata – trudno to zrobić połowicznie. A z czym kojarzy mi się zmiana… Przede wszystkim z niewiadomą. Lubię zmiany, choć odkryłam, że nie wszystkie są na lepsze i nie zawsze możemy mieć na to wpływ. Najlepsze zmiany to te, których dokonujemy sami na własne życzenie.

  • Podpisuję się po Twoimi tezami rękami i nogami ;) Zwracasz uwagę na kilka cholernie ważnych kwestii przy zmianie nawyków. Po pierwsze: nasz mózg kocha rutynę – także tę, która w dłuższej perspektywie wcale nam nie służy. Po drugie: czasem wyznaczamy cel i wcale nie wiemy po co on jest nam potrzebny ;) Albo nie stanowi on odpowiedzi na nasze prawdziwe potrzeby. Dlatego tak ważne jest moim zdaniem wyznaczanie celu przez pryzmat wartości. Po trzecie: litania wymówek, żeby nic nie zmieniać potrafi być naprawdę długa. Znam ludzi, którzy twierdzą, że planowanie działań nie pozwoli im być spontanicznymi i ich ograniczy – chyba nie muszę mówić, jak wygląda ich życie?… ;) No i po czwarte: jak ktoś uważa, że musi schudnąć, musi zacząć biegać, musi się lepiej zorganizować, musi coś ze sobą zrobić… to moim zdaniem daleko nie zajedzie, bo jego motywacja wewnętrzna szybko się wypali. Jak ktoś cały czas musi, to dość szybko go to „muszenie” przytłoczy. Warto dodawać sobie sprawczość zamiast jej sobie odmawiać – i to nie tylko w kontekście wprowadzania zmian :)

    • Dziękuję za Twój cenny komentarz Naczelny Zmieniaczu! :)

  • Zatrzymałam się na tym stwierdzeniu: „wiarę w siebie trzeba odzyskać poprzez konfrontację z tym, co kiedyś Ci ją odebrało”. To bardzo ciekawe, możesz podać, jakiś przykład, co to może być, co odbiera wiarę w siebie? Wydaje mi się, że wiary w siebie często nie traci się przez „coś wielkiego”, co przyjdzie i powie nam „jesteś taki a taki”, w skutek czego my przestajemy wierzyć w siebie, traci się ją najczęściej stopniowo i czasem trzeba długo dochodzić do tego, co powoduje, że nie mamy wiary w siebie, albo inaczej co zrobiły-/zrobilibyśmy, gdybyśmy tę wiarę miały/mieli. No chyba, że są to ewidentne sytuacje, jakiś mobbing w pracy, czy patologiczna rodzina… A zmiana – to wg mnie sytuacja wywołana czynnikami zewnętrznymi lub wewnętrznymi, czyli własną decyzją, której w obu przypadkach towarzyszą emocje, które mogą być eu- lub dystresowe :)

    • Przykładem czegoś, co odbiera nam wiarę są na przykład niepochlebne opinie innych osób, zbyt wysokie wymagania, które skutkują niezadowalającym rezultatem, jednak nie ze względu na nasz wkład, a niedopasowanie ich do naszych obecnych możliwości. Czas daje możliwość spojrzenia na takie doświadczenia z innej, bardziej wzmacniającą pewność siebie, perspektywy :)

      • Pełna zgoda. Zastanawiam się tylko, ile takich opinii, czy też wymagań potrzeba, żeby „podkopać” czyjąś pewność. Znam osoby, którzy „sieją” takie komentarze często dookoła, a ich otoczenie wydaje się nie reagować na to, chyba że wobec innych „słabszych” osób… tak więc to straszna spirala, której z „wielką przyjemnością” unikam…