27 stycznia 2016 Kasia Potasznik 6Comment

ręce piasek

Biorąc pod uwagę występujące zjawisko różnorodnego postrzegania coachingu poproszę Cię o zostawienie na moment tego, co o nim wiesz lub nie wiesz.. Dajmy sobie szansę :)

PRZECZYTAJ TEKST O TYM, CZYM W OGÓLE JEST COACHING

Myślę, że z powodu braku zrozumienia tej profesji tworzą się historie o tym, że wystarczy usiąść, zadać kilka pytań i zostać coachem. Istotnie, nie myślę, żeby coach przez sam fakt nazwanie się w ten sposób, był od razu coachem, jak również nie sądzę, że trzeba nazwać się coachem, żeby nim być. Spotkałam się z wieloma „niecoachami” w różnym wieku i byli w tym bardzo dobrzy. Spotkałam również kilku coachów, od których stronię, jak i takich, którzy mnie urzekli. Ostatecznie uważam, że jeśli coaching jest procesem docierania do potrzebnych człowiekowi odpowiedzi to znajdzie sobie coacha gdziekolwiek i jakkolwiek bądź.
Wróćmy jednak do coachingu, w którym spotyka się dwoje ludzi w procesie i zanim o prostocie lub złożoności tego fachu, przyjrzyjmy się owej odpowiedzialności, która spada na klienta. Mamy bowiem obraz, w którym człowiek przychodzi do coacha i niczego nie otrzymując wszystko ma zrobić sam. Po co więc iść na coaching? Przekornie mówiąc nie wiem, ale chyba taka potrzeba jest, skoro człowiek sam nie potrafi się sobą zająć. A, jeśli nie potrafi to potrzebuje kogoś, kto ułatwi mu dostrzeżenie, że jest samodzielny i żadnego coacha nie potrzebuje. Całkiem oryginalna praca.

12191558_1654723511466874_2456361295437295124_n
Znalezione na stronie: Psycholog płakał jak doradzał (https://www.facebook.com/Psycholog-p%C5%82aka%C5%82-jak-doradza%C5%82-1509192576019969/timeline)

Gdyby usługę coachingową można było świadczyć na zasadzie np. wizyty u dentysty to myślę, że, przy adekwatnej do rezultatów wycenie, wystarczyłby rok, może dwa, żeby do końca życia móc leżeć i pachnieć. Z kilku względów nie jest to jednak możliwe. Po pierwsze, gdybym klientowi na tacy podała cel przez niego wyznaczony to pewnie by go nawet nie powąchał (pozostając przy psiej analogii) albo może ewentualnie zainteresowałby się nim chwilowo, ale potem i tak wróciłby do punktu wyjścia. Po drugie, gdybym nawet stworzyła dla klienta listę odpowiedzi na zadane przez siebie pytania to przeszedłby obok nich obojętnie, prawdopodobnie nie widząc z nimi związku albo sensu. W reszcie po trzecie, gdyby hipotetycznie nawet klient przyjął moje rady, odpowiedzi, rozwiązania i efekty to guzik by z tego było, bo…

coaching polega na samodzielnym procesie docierania do swoich prawd, w których tkwi kwintesencja rozwoju.

W skrócie więc, coach stroni od odpowiedzialności, żeby wyposażyć w nią klienta. Nawet przy założeniu, że jestem sprawnym obserwatorem swojego klienta to jednak nie mam pojęcia dokąd i po co on chce dotrzeć, żeby dowiedzieć się tego, czego potrzebuje. Nie mam pojęcia jakiej potrzebuje drogi, która zawsze jest ważniejsza od celu. Widzisz więc, że w tym przypadku nie sztuką jest wzięcie odpowiedzialności, sztuką jest oddanie jej w ręce klienta. Moja odpowiedzialność spoczywa na tym, żeby jak najlepiej dostosować proces do potrzeb klienta, czyli owszem obserwować, ale dokładnie to, co jest przed nim w tej chwili, nie wybiegając zbytnio do przodu i nie zastanawiając się zbytnio nad swoim rozwiązaniem. Trzeba zdać się na klienta i zaufać jego rozwiązaniom.
Możemy to sobie wyobrazić tak, jakby klient uczył się sztuki gry na instrumencie, którym jest on sam. Ilekroć chciałabym pomóc klientowi w graniu poprawiając jego rękę tyle samo razy zniekształciłabym tą melodię, wtrącając się niepotrzebnie. Obserwuję proces tworzenia, pytam skąd akurat taki, a nie inny układ, słucham o tym dlaczego akurat taki, a nie inny dźwięk. A wszystko po to, żeby klient miał satysfakcję płynącą z samodzielnego stworzenia: utworu, rozwiązania, odpowiedzi, efektu. Więc cała rzecz polega na tym, żeby zrobić coś tak, żeby coś pobudzić nie robiąc nic. A pytanie czy takie nic to dużo czy mało pozostawiam w eterze.

Dla tych, którzy chcieliby przetestować siebie w roli coacha polecam małe ćwiczenie. Przy najbliższej rozmowie słuchaj dokładnie tego, co mówi druga osoba. Nie twórz w głowie odniesień, nie porównuj ze swoim punktem widzenia tylko wejdź w świat, który przedstawia Ci rozmówca i zapomnij o sobie. Jeśli przyjdzie do Ciebie ktoś, kto poprosi Cię o radę, spróbuj niczego mu nie radzić, nie mieć w głowie pomysłu na to, jak zachowałbyś się w tej sytuacji albo co według Ciebie jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli ktoś zada Ci pytanie o kwestię, w której jesteś ekspertem – postaraj się uznać, że ten ktoś sam jest wystarczająco dobrym ekspertem, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie albo udzielić rady. A potem poprowadź rozmowę tak, żeby ten ktoś sam siebie uznał za tego eksperta. Mam nadzieję, że Ci się uda.

Coaching jest procesem subtelnym i taka też jest rola coacha. O to chodzi, żeby po zakończonym procesie człowiek czuł, że coach, paradoksalnie, nie był mu do niczego potrzebny. Tyle jednak, że gdyby nigdy nie był to człowiek nie trafiłby na coaching. Skądś więc jednak bierze się ten efekt, ale niech dla dobra klienta coachowi będzie od niego daleko.


Jeśli masz pytanie dotyczące coachingu lub chciałbyś podzielić się swoim doświadczeniem – komentarze są Twoje! :)


TUTAJ MOŻESZ KLIKNĄĆ :)


 

  • Jest dokładnie tak jak mówisz. Przynajmniej ja tak mam, że jak mi ktoś narzuca rozwiązanie to ono tak bardzo do mnie nie dociera. Po prostu nie jest moje. Zdecydowanie lepiej wychodzi, kiedy ktoś mnie na to rozwiązanie naprowadzi, a ja sama na nie wpadnę w ostatecznym rozrachunku. W głowie zaświeci się lampka, a ja w duchu powiem do siebie eureka jak ja na to wpadłam! Rola coacha jest tutaj bardzo istotna. A jeśli ktoś jej nie rozumie albo nie docenia to chyba jest na tyle samowystarczalny, że sam potrafi wpaść na wszystkie genialne, oczywiste i nieoczywiste rozwiązania. :) Tak mi się wydaje ;)

  • Bardzo fajny wpis :) A zadawanie pytań będę musiał potestować na najbliższych :) Próba zwykłego doradzania nie zawsze pomaga, o czym już nie raz miałem okazję się przekonać. Czasem to, że jesteśmy osobą spokrewnioną lub bliską, odbiera nam paradoksalnie autorytet i wtedy zwykłe doradzanie jest skazane na porażkę. Radę, która wychodzi z własnego wnętrza dużo chętniej przyjąć i zastosować… :) To tak jak własne przemyślenia po przeczytaniu książki, które nieraz dają nam dużo więcej niż same zawarte w tekście rady.
    Dawid

  • właśnie to mi trochę odpowiedziało an pytanie co to ten coach? :) Ilekroć zaczynam mieć potrzebę rozmowy z coachem to samo zadanie samej sobie pytania sprawia, że znajduję odpowiedzi :)

  • Jolanta Jabłońska

    Pytania mają niesamowitą siłę, świetnie się sprawdzają w relacjach z nastolatkiem. Od kiedy poszłam na warsztaty coachingu i zaczęłam stosować to czego się nauczyłam na swoich dzieciach, efekt super. Zwłaszcza, że jako nauczyciel z nastoletnim stażem częściej mówiłam niż pytałam i słuchałam. Każdy może stosować metody coachingu w swoim domu i świetnie to się u mnie sprawdza

  • Mnie najbardziej w coachingu podoba się właśnie to podejście, że coach wierzy, że to jego rozmówca jest ekspertem i ma wszystkie zasoby, żeby szukać odpowiedzi na postawione pytanie, a nie jest takim wszechwiedzącym doradcą. Ciężko jest taką rolę przyjąć, ale myślę, że w relacji z bliskimi warto :)

  • tenebrosa

    Bo tak to jest z tym rozwojem osobistym. Jak powiedział niedawno mój tymczasowy mentor:
    – Ty dokładnie sam/a wiesz, co masz zrobić, żeby wejść na wyższy poziom.
    – Tak, tyle że odległość pomiędzy wiedzą a ignorancją jest dużo mniejsza niż pomiędzy wiedzą a działaniem – odpowiedział mu przyjaciel.
    I choć nie są to części tego samego dialogu, dobrze oddają istotę sprawy. Jeśli nie podejmiemy działania, to na nic się zdadzą wszystkie odpowiedzi, które znajdziemy w sobie, czy to sami, czy z pomocą coacha. A do działania potrzebna jest przede wszystkim determinacja – o wiele silniejszy czynnik niż sama motywacja.