31 sierpnia 2016 Kasia Potasznik 4Comment

jak sobie poradzić z tym, że zawsze chcesz więcej

Nie znam człowieka, który na pytanie „czego chcieć więcej” nie miałby gotowej odpowiedzi w stosunku do swojego życia. „Więcej” występuje zawsze i szalenie chętnie rozmyślamy nad tą nieistniejącą kategorią. Służy to być może aspiracjom, być może pomaga w dążeniu do celów – gdybyśmy nie wiedzieli, że możemy osiągnąć coś więcej, nasz rozwój stanąłby w miejscu. Nie posuwa go jednak do przodu poczucie, że teraz mamy za mało i związane z nim poczucie żalu. Umysł nie radzi sobie z połączeniem „mam wystarczająco” z „mogę mieć więcej”, dlatego trzeba mu w tym pomóc.

Czego chcieć więcej?

Przyglądając się tej kwestii, zadałam sobie pytanie: czemu chcemy więcej tego, czego nie ma, zamiast głębiej i mocniej czerpać z tego, co jest? Czy przypadkiem jednym z rozpraszaczy naszej uwagi odsuwającym od obecnej wartości nie jest właśnie ciągła gonitwa do przodu? Zastawiałam się też, jak wiele spośród ludzkich problemów dałoby się rozwiązać poprzez zestawienie z problemami „dużo gorszymi”. Na ten argument jedna z moich przyjaciółek mówi, że nie można porównać cudzych problemów ze swoimi, bo każdy ma swoją miarę. Jeśli ktoś nie ma, co jeść to z jego perspektywy może to być taki sam problem, jak z innej perspektywy dla kogoś zepsuty komputer – każdy z nich bez obu tych rzeczy nie potrafi żyć. I jest to, owszem, błyskotliwe podejście do tematu.

Dla mnie jednak wśród cenniejszych rzeczy, które są w tak zwanym posiadaniu człowieka jest zdrowie, obecność bliskich osób i warunki niezagrażające naszemu życiu. Jeśli mamy, co jeść, w czym chodzić, gdzie mieszkać i kogo kochać to mamy wiele.

W zdrowej sytuacji, którą za taką przyjęłam, akceptujemy obecny stan rzeczy. Cieszymy się tym, co mamy i potrafimy docenić. Odczuwamy wdzięczność za to, co staje się naszym udziałem. Taki stan wymaga odrobiny pokory i poczucia, że wpływ mamy na ograniczony wycinek rzeczywistość. Jeśli jednak z niego skorzystamy nasze możliwości istotnie wzrosną. W tym, co jest zamyka się cały nasz świat. I nie otworzy się być może inny, dopóki dla tego nie zrobimy wystarczająco dużo miejsca.

Jeśli nie poświęcimy uwagi bogactwu naszego obecnego życia, umknie nam każdy dodany do niego element. Po pierwsze szybko do niego przywykniemy, po drugie znowu będzie można więcej. Jeśli do porządku dziennego przejdziemy nad miską musli zjedzonego na śniadanie to przejdziemy do porządku dziennego nad każdym bogactwem, którego teoretycznie możemy doświadczyć. Jeśli nie docenimy zdrowia i możliwości naszego ciała, które stanowią trampolinę naszych możliwości, to żadne osiągnięcie nie będzie wiecznym źródłem satysfakcji.

To może zamienimy się na życie?

Któregoś dnia przyglądając się swoim pomysłom na więcej, chęciom tego, czego nie mogę mieć i tego, czego chcę, ale nic z tym nie robię, objęłam tą całą masę pojęciem „chęci, które nie są zbieżne z moją rzeczywistością”. Owe chęci nie przyczyniają się do tego, żebym podjęła krok w kierunku ich urzeczywistnienia albo są poza moimi obecnymi możliwościami – w obu przypadkach przeszkadza mi to, że czegoś „nie mam, oh, oh”.

Zaintrygowało mnie to. Pomyślałam, że na świecie znalazłabym pewnie wielu ludzi, którzy chcą dokładnie tego, co mam ja. A ja chcę tego, co ma ktoś inny. Poszłam w kierunku wymiany się życiami na zasadzie „oddam swoją rzeczywistość tym, którzy jej pragną, a w zamian dostanę od kogoś to, czego ja chcę i tak dalej”. Wymyśliłam surrealistyczny kiermasz warunków życia. Tyle tylko, że jego efektem końcowym prawdopodobnie byłby punkt wyjścia każdego z nas. Każdy z nas ostatecznie wróciłbym do tego, co ma teraz.

To samo w sobie wydało mi się bardzo ciekawe, ale nadal pozostawiło nierozwiązaną kwestię dążenia do ideału. I wtedy pojawiło się we mnie coś, co zupełnie odwróciło moje myślenie o tym, czego podobno chcę – zobaczyłam, że to nie są moje chęci. Poczułam się, jakby mój mózg pomylił program pt. „chcę” o to rzeczy, których tak na prawdę nie chcę.

Wszystko to, czego chcę, ale nie mam, każde więcej wskazujące na obecny brak nie znajduje w moim życiu odzwierciedlenia. To, czego chcę, mam! Nie ma sensu przed samym sobą tracić wiarygodności przez chęci, których nie zamierzamy zrealizować. Ergo, wracając do pomysłu z kiermaszem, zamiast wymieniać się rzeczywistością wymieńmy się chęciami. Znajdę człowieka, który chce tego, co mam ja, ale zamiast oddawać swoje realia, przyjmę jego chęci jako swoje, ponieważ są zbieżne z tym, w czym każdego dnia uczestniczę. Czy nie ma gdzieś na świecie kogoś, kto chce zjeść moje śniadanie? Albo pisać teksty? Jest. Czy jest gdziekolwiek człowiek, który chce pracować tak, jak ja? Jest. Czy jest gdzieś ktoś, kto chciałby mieć moje ciało? Pewnie tak.

Byłam w domu.

Spróbuj spojrzeć inaczej

Wyobraź sobie, że każdy poszczególny element Twojego życia składa się z umysłowych chęci, które jeszcze nie są Twoje, ale bardzo chętnie przyjmiesz je jak swoje, ponieważ dzięki temu docenisz i poczujesz wdzięczność wobec tego, co masz. Odkryjesz bogactwo Twojego życia utkane ze wszystkich doświadczeń, chwil, sukcesów i porażek. Wystarczy zrobić duży umysłowy krok do tyłu, poczuć chęć tego, co mamy obecnie, a potem dostrzec jego urzeczywistnienie.

Innym sposobem, które sporo mi dało to wyobrażenie sobie siebie w przykucniętej pozycji wobec swojej obecnej rzeczywistości i spojrzenie na nią z takiej perspektywy. Z dołu, z zasady wszystko widać jako „więcej”. I tam możemy dostrzec na przykład ile rzeczy robimy, których już się nie boimy. Docenić to, co mamy i poczuć jakim szczęściem jest możliwość przeżywania tego, co przeżywamy. Myślę, że warto samemu przykucnąć i spojrzeć tak na swoje życie, zanim rzeczywistość nas sprowadzi w tym czy innym obszarze do parteru i okaże się, że całkiem sporo już mieliśmy.

Na marginesie. Polemika z krytykiem wewnętrznym.

Zapaliła mi się podczas pisania tego tekstu kilkukrotnie lampka „zawiewa banałem”, ale jak widzisz nic sobie z tego nie zrobiłam, tekst powstał i nawet ktoś go przeczyta, więc przypomnę z jakiego powodu piszę o niby banałach. Odkrywam bowiem, że są one bramą do cudów, o których nie śni się tej części umysłu, która potrzebuje „więcej”. Piszę też z powodu dumy, że zaczynam cieszyć się smakiem mleka w moim musli. Przede wszystkim jednak – piszę i pisać będę dla kogoś, kto już nie ma nadziei na więcej i taki banał stanie się jego bogactwem. Dla tego, kto nie może. Dla tego, kto potrzebuje informacji, że życie można odkręcić. Dla tego, kto szuka szczęścia i nie wie, że znajduje się ono również w nieszczęściu.

Bogatego dnia, Czytelniku!

  • Tak człowiek jest skonstruowany, że zawsze chce tego, czego akurat nie ma. Najczęściej dopiero jakieś tragedie życiowe pozwalają spojrzeć na życie z innej perspektywy i zacząć się cieszyć z tego co mamy :)

    • Rzeczywiście, wydaje się, że najskuteczniejsze w przywróceniu wartości rzeczom najważniejszym są takie sytuacje, ale zanim one nastąpią można samodzielnie przyjrzeć się temu, czego chcemy – niby i naprawdę :)

  • Martyna Pastuszka

    Bardzo dobry tekst, ciekawe pomysly i banalu tu nie widze:) Dzieki i pozdrawiam