23 października 2016 Kasia Potasznik 7Comment

jedna-rzecz

Kiedy zabrałam się za ten tekst przypomniałam sobie i odkryłam ze zdumieniem zarazem, że pierwszy tekst na blogu dotyczył tego tematu. Jest to fascynujące, bo dziś chcę napisać, że jest to w tej chwili dla mnie absolutny klucz w podejściu do rozwoju. E tam, do rozwoju. To jest absolutny klucz do wszystkiego. Nie wiem jak to zrobiłam, ale ogromnie się cieszę, że akceptacja była punktem wyjścia wszystkich tekstów tutaj. Kto wie, może powinnam na obecnym tekście zakończyć przygodę z blogowaniem, jeśli domyka się taką klamrą.

Dlaczego akurat akceptacja?

Pamiętam, że rok temu, kiedy moje życie wyglądało trochę nie tak, jak tego chciałam, postanowiłam wziąć na rozwojowy warsztat temat akceptacji. Nie wiem czy był to akt desperacji, bezradności czy mądrości, ale wtedy pierwszy raz powiedziałam sobie: chcę akceptować to, jak jest, choć nie jest tak, jak tego chcę. W sytuacji, w której jest „nie tak” wyjście w kierunku akceptacji czasem jest jedyną możliwością, jeśli na horyzoncie nie ma pomysłów na zmianę obecnego stanu rzeczy. Dziś jest dla mnie oczywiste, że na niczym innym nie warto skupiać uwagi tak mocno, jak na rozwijaniu w sobie zdolności do akceptowania.

Słowo akceptacja pochodzi od łacińskiego „acceptatio”, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „przyjmowanie” i idealnie obrazuje jej znaczenie: przyjmowania wszystkiego takim, jakie jest. Nie zakłada ona braku podejmowania działania, a wręcz przeciwnie, umożliwia podejmowanie skutecznych działań. Trudno bowiem reagować na coś, czego obecności nie uznajemy lub przyjmujemy jedynie w odpowiadającej nam części. Życie, świat, my, jesteśmy takimi, jakimi jesteśmy i kropka. Akceptacja zakłada uznanie, że wszystko, co jest, takim ma być, bo już takim jest. A, jeśli może być inne i możemy temu pomóc, działamy. Nie zmienimy jednak przeszłości ani stanu obecnego, bo nasze działanie będzie dotyczyć przyszłości. Dlatego właśnie akceptacja nie wyklucza zmiany, a nawet jest jej stabilną podstawą.

Dokonywanie zmiany w sytuacji, którą akceptujemy, to jeden z większych luksusów, jakich do tej pory doświadczyłam w rozwoju. Niespełna dwa miesiące temu (w okolicach rocznicy od swojego postanowienia dotyczącego akceptowania) poczułam, że doszłam do momentu, kiedy potrzebuję coś zmienić. Miałam wrażenie, że dotychczasowe rozwiązania i działania się wyczerpały, ale jednocześnie czułam, że tak, jak jest, jest w porządku. Dobrze mi było w tym, jak było, ale czułam, że przyszedł czas na zmianę. Czułam, że moja codzienność nie odpowiada tej mnie, którą teraz jestem. W efekcie podjęłam decyzję o przeprowadzce do innego miasta i zmianie pracy. Teoretycznie z większych możliwości rozwoju i lepszych perspektyw chciałam przenieść się do miejsca, w którym nie wyobrażałam sobie kariery, ale czułam, że warto zdecydować się na ten krok. Co z tego wyniknie czas pokaże, ale jestem o siebie spokojna.

Podczas rozmowy o tej sytuacji z przyjaciółką, samą siebie zaskoczyłam kiedy na jej pytanie: „jak mogę Ci pomóc?” pomyślałam, że kurcze, nie potrzebuję pomocy w tym jak jest, bo jest w porządku, tylko po prostu czuję, że coś tu można zrobić lepiej. Widzę, że oto jestem w wystarczającym mi środku i mam chęć sięgnąć po bardziej korzystne rozwiązanie. Jasno zobaczyłam wtedy, że moja akceptacja wpływa na zmianę i to taką, której nigdy wcześniej z własnej, świadomej decyzji nie wprowadziłam.

Te dwa momenty oddzielone od siebie około rokiem czasu wyglądają eksperymentalnie: w obu sytuacjach pukała do mnie potrzeba zmiany, za pierwszym razem byłam bezradna, bo chciałam ją wykorzystać do przykrycia braku zgody na to, jak jest. Za drugim razem, zmieniłam swoją rzeczywistość z nawiązką i stało się to naturalnie, choć w ogóle nie musiało. W szerokich objęciach akceptacji.

Co nam daje akceptacja w rozwoju wewnętrznym?

Pośród wszystkich możliwych kompetencji rozwojowych, w które możemy się wyposażyć, akceptację uznaję obecnie za numer jeden, wydaje się najbardziej logiczna i załatwia wszystko. Akceptując przyjmuję, że bez względu na to, jak jest, jest okej. Akceptuję moje życie, siebie, wszystkie niedoskonałości, problemy, zalety. Mało tego, doceniam kryzysy, kocham błędy, czerpię siłę z bezradności i wyciągam informacje z wątpliwości. Ponadto, wyposażona w akceptację czuję, że wszystko, co wydarzy się w przyszłości będzie dla mnie dobre, bo, po raz kolejny, wszystko sprowadza się do mojego sposobu widzenia.

Zobaczmy więc, co konkretnie akceptuję.

Akceptuję siebie, taką, jaką jestem.

Akceptuję to czy czuję się wartościowa czy bezwartościowa.

Akceptuję to czy moje życie ma sens czy jest bez sensu.

Akceptuję to, jak wyglądam (co swoją drogą też okazało się korzystne – szczerze zaakceptowałam siebie 8 kilogramów temu i mój obecny kształt pojawił się w całkiem naturalny sposób).

Akceptuję to, jaka byłam, jaka jestem, jaką nigdy nie będę i tą, którą będę też zaakceptuję.

Akceptuję to, jak się zachowuję, o czym myślę, jak myślę i czy w ogóle myślę.

Akceptuję to czy jestem uważna czy zupełnie nie. Akceptuję to czy kocham czy nie kocham, czy potrafię czy nie potrafię.

Akceptuję siebie, kiedy pracuję i kiedy nie pracuję, kiedy odpoczywam i kiedy nie odpoczywam.

Akceptuję siebie, kiedy moje zachowanie mi się nie podoba i to, że ono mi się nie podoba też akceptuję.

Akceptuję siebie, kiedy oceniam i kiedy jestem ciekawa. Kiedy jestem za i przeciw, i kiedy coś jest mi obojętne.

Akceptuję ludzi i akceptuję to, kiedy ich nie akceptuję.

Akceptuję swoje problemy i to, kiedy ich nie mam.

Akceptuję kiedy chcę i kiedy nie chcę.

W reszcie, akceptuję siebie również wtedy, kiedy nie akceptuję swojego braku akceptacji.

Widzisz więc, że akceptacja jest jak piękna przestrzeń, w której można wszystko. Dlatego dziś nie mam wątpliwość, że zmianę siebie najlepiej rozpocząć od akceptacji. Wyrasta z niej tyle piękna, że nie sposób go oddać literami.


Jeśli uważasz ten tekst za wartościowy, daj temu wyraz i udostępnij – dziękuję! :)


Podziel się w komentarzu swoim doświadczeniem z akceptacją :)

  • rzeczywiście, masz rację, od akceptacji zaczyna się spokój…a ten pozwala na rozwój i wiarę w to, że będzie dobrze, nawet jak czasami jest bardzo trudno

    • O, widzisz, spokój to też powiązany aspekt, o którym nie wspomniałam, dzięki, że zwróciłaś na niego uwagę :)

  • Jak zwykle świetny tekst! :) I chwytliwy nagłówek… Obstawiałem, że chodzi o wytrwałość, systematyczność i nie poddawanie się po pierwszym upadku ;)
    Dawid

    • Wiesz no, rozwijam się również w aspekcie zachęcających tytułów :) Dzięki za komentarz! :)

  • Świetny wpis!

  • To prawda :) Bez akceptacji wszystko staje się walką i tracimy energię na niepotrzebny opór. To, co można zmienić, to można – a resztę im szybciej nauczymy się przyjmować taką, jaką jest, tym lepiej. Choć wciąż jest to dla mnie dość nowe odkrycie, to już chyba trochę odrobiłam tę lekcję, tym bardziej, że świat pomaga :)