25 kwietnia 2016 Kasia Potasznik 4Comment

trzy lata rozwoju

Kiedy przyszła mi do głowy myśl, aby napisać o trzech latach mojego rozwoju wewnętrznego, odpowiedziałam sobie, że ktoś tam chyba zwariował. Nie dlatego, że nie chcę się tym dzielić, ale dlatego, że ujęcie tego okresu w jakikolwiek sposób jest awykonalne. Nie wiem czy obecny punkt jest zwieńczeniem trwającego trzy lata etapu czy było ich kilkanaście. Jeśli napiszę, że proces ten jest nieujmowalny to nie pomylę się zanadto, ale podejmuję to wyzwanie :)

Najważniejszy pierwszy krok

Chronologii wydarzeń ani odkryć nie zachowam, ale od początku zacznę początkiem. Pierwszy krok w kierunku rozwoju wewnętrznego postawiłam nie będąc świadomą na co się porywam. Kiedy teraz patrzę na swoje zdjęcia z tamtego okresu myślę jednak, że wiedziałam, że za zakrętem otworzy się przede mną życie. Uśmiech towarzyszący mi wówczas jest dla mnie zwiastunem dobrych nadchodzących zmian. Żmudnych, długotrwałych, czasem niezrozumiałych, ale potrzebnych i cennych, procentujących w wymiarach, których nie znałam nigdy wcześniej.

Myślę, że każdy z nas w każdym momencie życia stoi przed takim zakrętem, ale nie zawsze w niego skręca. Czasem nie zauważa, czasem nie chce zobaczyć, w każdym wypadku pewnie nie jest jeszcze na to gotowy. Ja swój zakręt wcześniej z pewnością mijałam nie raz, ale dobrze wiem, że żaden inny moment nie był tak odpowiedni, jak tamten, i wiem, że kilka miesięcy wcześniej zaczęłam nieświadome do niego przygotowania. Nie bez przyczyny jak sądzę zadziało się to pełną wiosną.

Spokojnie, to tylko coaching

Trzeba podkreślić, że trzy lata temu miałam poczucie posiadania na swój temat większej wiedzy niż teraz i nie miałam żadnych (świadomych) problemów. Jeśli zetknąłeś się już z moją historią to podbudowę pod ten czas w postaci wcześniejszego okresu znasz, jeśli nie, to wspomnę krótko, że odkryłam, iż człowiek, a w tym przypadku konkretnie ja, może zawodowo zajmować się wydobywaniem z ludzi potencjału i taki ktoś nazywa się coachem. Przystąpiłam więc do procesu coachingowego, żeby zobaczyć jak wygląda od kulis praca coachingowa. Wiedziałam, że potrzebuję obszaru, który chciałabym zmienić i miałam problem, bo nie miałam ze sobą żadnego problemu, myślałam wtedy o czymkolwiek, czym przykładowo mogłabym się zająć (troszeczkę zazdroszczę sobie tego teraz). Trochę na siłę więc, żeby mieć coś, wzięłam na warsztat pewność siebie w miejscach publicznych i sru, zaczęłam, owszem od kulis, ale poznawać siebie :)

Panta rei

Dziś tamten czas, mimo każdorazowego „wow, niemożliwe!”, postrzegam jako rozgrzewkę. Tak jak w sporcie trzeba dobrze rozgrzać mięśnie zanim przystąpi się do biegu, tak i tutaj, żeby poznać siebie, trzeba dobrze rozgrzać swoją gotowość. Wiesz być może, że każdą okazję dającą możliwość podsumowania i spojrzenia na coś z lotu ptaka wykorzystuję chętnie, całkiem jednak szczerze, mam poczucie, że największy dotychczas kamień milowy mojego rozwoju dział się przez ostatni rok i to był rok najlepszy, najtrudniejszy, najpiękniejszy i najbardziej obfity w świadomość niż którykolwiek wcześniej.

Ile jest wart ten czas?

Jest tak, że poznając pewne prawidłowości na swój temat, siłą rzeczy, zmienia się tzw. stan obecny. Jeśli przybierasz inny kształt wewnętrzny to świat zewnętrzny nie może pozostać niezmieniony. Myślę, że to jest jedna z obaw osób, które chciałyby coś w życiu zmienić i poszerzyć swoją świadomość.

My dobrze wiemy co w naszym życiu może wyglądać inaczej, gdybyśmy chcieli spojrzeć prawdzie w oczy, ale boimy się stracić to, co teraz jest naszym udziałem. Paradoks oczywiście, tak się nie da. Żeby wejść w nowe trzeba zamknąć stare i nie jestem jedyna, która zapewni, że każde nowe, jeśli wiąże się ze świadomością i rozwojem, nawet, jeśli wymaga pożegnania, nawet jeśli wymaga trudnych rozstań, to zawsze jest zmianą na lepsze dla nas.

PRZECZYTAJ TEKST O OBAWIE PRZED ZMIANĄ

W tekście „chcąc nie chcąc” napisałam, że ta obawa związana jest z poczuciem, że stracimy na zawsze coś dla nas cennego, ale przecież zawsze mamy wybór, a najbardziej właśnie wtedy, kiedy możemy skorzystać z jednej lub drugiej opcji. Jeśli musimy tkwić w tym, co jest, bo boimy się to stracić to nie jest to wybór. Moich „strat” nawet nie postrzegam w tej kategorii, choć w wymiarze: było i nie ma, kilka rzeczy mogłabym tak ująć. Mogłabym w ten sposób ująć znaczącą przyjaźń, ważnych dla mnie ludzi, pasję, której byłam wierna trzynaście lat. Mogłabym w ten sposób ująć kilka modeli relacji, które potrzebowałam przebudować i wersji mnie, do których byłam przywiązana

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jeśli coś nie trwa zawsze to znaczy, że nie było ważne. Nie wierzę, że przyjaźń albo miłość nie były prawdziwe, jeśli się skończyły. Jeśli były to były adekwatne do rzeczywistości, w której miały miejsce. Jeśli ta się zmieniła lub jeśli zmieniły się inne warunki wpływające na nie to i ona zmienia lub kończy się, ale w moim odczuciu wartości nie odbiera.

Wszystko co było, było ważne i w tamtych warunkach nie chciałabym tego tracić. Dzisiaj jestem inna, dzisiaj jestem sobą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i dużo mniej niż będę pewnie za lat kilka. Dziś moja codzienność jest odpowiednia, ponieważ współgra z tą mną, którą jestem i to sobie cenię. Jeśli w procesie kolejnych trzech lat kolejne jego części odejdą, też dobrze, bo wiem, że odbędzie się to ze wzajemną korzyścią.

Wspomnę jednak o rzeczy dużo istotniejszej, kategoria „strat” jest kroplą w morzu korzyści.

PRZECZYTAJ TEKST O 100 KORZYŚCIACH ROZWOJU WEWNĘTRZNEGO

Gdybym teraz spotkała się z tamtą sobą to chyba rozpłakałaby się ona z dumy i wdzięczności (choć może nie, wtedy nie byłam zdolna do odczuwania i okazywania takich emocji), a na pewno wizualnie mogłaby nie uwierzyć, że to ja. Ja natomiast jestem wdzięczna tamtej mnie, że wbrew temu wszystkiemu co wiem o niej dzisiaj, podjęła kroki, które umożliwiły mi tutaj stanąć. Ogrom przełomów, pięknych chwil i doświadczeń, które mi towarzyszyły są nie do ocenienia.

Trzaśnięcie rozwojowymi drzwiami

A tak, i to było. Charakter rozwoju wewnętrznego można porównać do kształtu i struktury cebuli, ponieważ odbywa się warstwowo, a każda warstwa ma swój urok, każda warstwa niesie swoje korzyści i przyciąga te doświadczenia, których potrzebuje do odzwierciedlenia swojej natury. Każda warstwa ma swoją grubość i opływowość, po której dosłownie można zsunąć się i od rozwoju odsunąć. Taki epizod obrażenia się na siebie, braku chęci rozmowy ze sobą o czymkolwiek i trzaśnięcia rozwojowymi drzwiami też za sobą mam :) Nawet trochę czasu trwał, ale nie odejmuję go od tych trzech lat, bo był jego elementem. Dzięki niemu jestem uważniejsza na momenty, w których „mam dosyć” i chciałabym wyjść.

Wszystko od początku

Dzisiaj mam wrażenie, że moja droga zaczyna się od początku, a przed mną, zupełnie jak wtedy, zakręt, który otworzy nowe życie. Kiedy poczułam pierwsze zalążki mojego wpływu na zmianę poprzez umysł uznałam, że teraz nic jak tylko zmienić co trzeba i już :) Tak, owszem, „już” – jest idealnie bez zmiany czegokolwiek, a wszystko, co zmienię i zmieni się samo przyjmę z otwartymi ramionami.
Zrezygnowałam z punktów docelowych, które chcę osiągnąć w życiu, po dotarciu, do których będzie jak trzeba. Nie oznacza to braku aspiracji, ale zdecydowany brak presji. Dziś zakręt przede mną otwiera się każdego dnia. Wiem, czego chcę, wiem, na czym mi zależy, ale z pokorą przyjmuję brak swojej gotowości. Czuję, że zaczynam od początku.

Refleksja końcowa

Piszę na blogu o rozwoju wewnętrznym i za każdym razem podkreślam wartość i jakość tego procesu. Nie dodam więc chyba nic poza tym, co zwykle, że nie znam piękniejszej drogi, w którą człowiek może wyruszyć. Nie znam lepszych rozwiązań niż te, które są w nas samych. Nie znam piękniejszych doświadczeń niż te, które służą naszemu wzrastaniu.

 


Podziel się w komentarzu swoją refleksją :)


UDOSTĘPNIJ PROSZĘ MÓJ TEKST :)

DZIĘKUJĘ! :)


* DOŁĄCZ TUTAJ DO NEWSLETTERA *

  • Piękna historia, aż zaczęłam się zastanawiać czy moja byłaby podobna. I doszłam do wniosku, że… absolutnie nie. Coraz rzadziej potrafię wyjść z podziwu nad tym ile i jak bardzo różnych dobrych dróg oferuje nam życie. Jedynym stałym punktem jest, że początek trwa wiecznie <|:^)

    • A to tak, koniec i początek w jednym punkcie, zawsze i nigdy jako dwie strony tego samego medalu – metafizyka jak na dłoni :)

  • A ja właśnie odnajduję odbicie mojej drogi w Twojej :) To, co napisałaś, jest dla mnie bardzo czytelne, bo takie „moje” po prostu. Tym bardziej, że właśnie przede mną kolejny zakręt i właśnie brak presji jest czymś dość nowym, bo dotąd na zakrętach trochę mną szarpało. Jednak nie jest prawdą to co mówią, że ludzie się nie zmieniają :) Może rdzeń pozostaje, ale okoliczności zawsze są inne, te wewnętrzne też.

    • Przeczytałam jakiś czas temu, że każdy z nas subtelnie zmienia się codziennie, ale nie zauważamy tego i myślę, że wbrew pozorom trzeba by być bardzo odpornym na sytuacje i doświadczenia, żeby się nie zmieniać :)