19 kwietnia 2016 Kasia Potasznik 2Comment

medytacja dla niemedytujacych

Kiedy zaczęłam medytować pomyślałam, że napiszę tekst o medytacji kiedy osiągnę wyższy poziom i będę wiedziała o niej coś więcej. Czasu trochę minęło od tej pory, nie wiem czy osiągnęłam inny poziom, ale wiem, że nie jest mi on potrzebny. Chcę bowiem o medytacji napisać tak, jakbym nic o niej nie wiedziała i w ten sposób Cię do niej zachęcić. Nie zniechęcaj się jednak – nie będzie to tekst o niczym, chociaż dobra, trochę może będzie. Może po prostu zaryzykuj albo mi zaufaj.

Napisałam o medytacji dla niemedytujących, ponieważ wciągnęłam się w nią sama siebie za taką uznając. Medytacja wcześniej kojarzyła mi się z klasztorami, niezrozumiałymi rytuałami, oświeconymi ludźmi i wieloma rzeczami, do których nie czułam dostępu ani chęci dotarcia. Nie wiedziałam jednak, że jeśli w przypadku medytacji można powiedzieć o dostępności  do czegokolwiek to jest to dostęp do swojego wnętrza. A, jeśli cokolwiek powiązane jest z wnętrzem to pewnie spodziewasz się, że idę w to bez wahania i sprawdzam jak działa.

Od czego zacząć?
Krok pierwszy – nie nastawiaj się

Zacząć proponuję od nastawienia a konkretnie od pozbycia się go. Od razu już wyjaśnię, o co mi chodzi z tym, żeby napisać tekst o medytacji, który nie będzie jej opisywał. Cokolwiek o niej przeczytasz zanim ją poznasz osobiście wpłynie na jej kształt. Przykładowo więc, jeśli już wiesz dużo o medytacji to sugerowałabym zapomnieć i z otwartą postawą do niej przystąpić. Sama nawet lubię niekiedy zapomnieć o tym, co do tej pory odkryłam, żeby zamiast podążać ścieżką rozpoznaną przez siebie odkryć nową. Polecam! :)

W moim przypadku więcej o medytacji dowiedziałam się z doświadczania jej niż czytania o niej. Toteż, jeśli ten tekst ma jakikolwiek cel to właśnie taki, żeby przekonać takich jak ja kiedyś do tego, że warto się oddać tej czynności bez udzielania szczególnych wskazówek.  Nie odniosę się do teorii ani szkół, kiedyś zapytana według którego modelu medytuję, powiedziałam, że nie wiem i że raczej jest to mój model. Możesz również spróbować odkryć własny :)

Krok drugi – rozpocznij

Uznajmy ogólnie, że medytacja jest to rodzaj spotkania ze sobą. Może odbywać się w ciszy lub przy innych dźwiękach w zależności od tego, za czym chcesz podążać. Nie jest to natomiast spotkanie, podczas którego ze sobą rozmawiamy. Na rozmowę możesz umówić się przy innej okazji.

TUTAJ PRZECZYTASZ O PROWADZENIU DIALOGU WEWNĘTRZNEGO

Pozycję medytacji rekomenduję taką, która będzie dla Ciebie swobodna. Usiądź sobie wygodnie i obserwuj znaki, które wysyła ciało. U mnie przyjęło i przyjmuje ono samoistnie pozycję, którą najczęściej można dostrzec u osób medytujących. Wspomnę jedynie, że oddechowi pomagają wyprostowane plecy, a pozycja leżąca może sprzyjać zaśnięciu – ono nie jest medytacją, jakby co :)

Krok trzeci- nie zniechęcaj się

Najważniejszy krok. Wiemy już więc, że w medytacji mniej więcej chodzi o to, żeby siedzieć i nie robić nic poza odbieraniem rzeczywistości – siebie, oddechu, myśli, dźwięków, wszystkiego albo niczego. I do tego sprowadziłabym najprostszą zasadę:

usiądź bez żadnych założeń i przyglądaj się albo odczuwaj to, co się dzieje.

Dla mnie na początku medytacje były okropne i chyba jedynym, co mnie przy nich zatrzymało to dostrzegalny efekt w ciągu dnia. Chciałam podczas niej odpocząć, a tylko frustrowało mnie to, że ciągle myślę i myślę. Przyglądałam się swoim myślom i chciałam je uspokoić. Teraz wiem, że niepotrzebnie chciałam, żeby ich nie było, ale wiem też, że frustracja wynikała z uświadomienia sobie procesu, który wcześniej był dla mnie niedostrzegalny – myśli płyną bez względu na to czy je obserwujemy czy nie, a kiedy obserwujemy ich natężenie z czasem ono maleje. Jest to też pewien znak – im bardziej się frustrujesz tym większy sygnał, że medytacji potrzebujesz.

W każdym razie czułam jakbym weszła do rzeki, która tylko porywa mnie swoim nurtem. Kiedy tylko zdarzyło mi się dostrzec, że chyba jest spokojniej to  natychmiast pojawiała się myśl robiąca harmider: „O, jest spokojnie, właśnie nie myślę” i dawaj, znowu wszystko od początku. Bezsens totalny. Musisz natomiast pamiętać, że odpuszczanie i zniechęcanie się tylko przez to, że uświadomisz sobie coś, co i tak się w Tobie cały czas dzieje jest bez sensu. To tak, jakbyś pewnego dnia zauważył, że masz dziurę w dachu i tak się tym przejął, że w efekcie postanowił nic z tym nie robić. Czy zmienia to jakkolwiek fakt istnienia dziury? :)

Daj sobie czas, próbuj i poznawaj ten proces.

Krok czwarty – zaprzyjaźnij się z ciałem i umysłem

Staraj się podczas medytacji otworzyć na procesy, które w Tobie zachodzą non stop, a które w codziennym funkcjonowaniu umykają naszej uwadze. Moment ten daje przestrzeń temu, na co zwykle nie mamy czasu lub czym nie chcemy się zajmować. Stwarzamy przestrzeń, w której dobrze czuje się umysł, ciało i nasza duchowość.

Zauważ, wystarczy nic nie robić, a jakość dla naszego funkcjonowania jest to niesamowita. Jeśli ktoś boi się zatrzymać w obawie, że dogoni go to przed czym ucieka to uprzedzę, że całkiem być może, że tak będzie, ALE uciekając tracisz energię, wzmacniasz notorycznie swój lęk i hamujesz rozwój. Wszystko w Tobie jest Twoje – nie ma się czego bać :) A jeśli spanikujesz to pewnie znasz jakąś kompetentną rozwojową blogerkę, do której możesz wtedy napisać :)

Myśli, które płyną warto obserwować. Na początku być może trzeba będzie się na tym skupić, może częściej będzie pojawiała się refleksja „znowu z nimi rozmawiam”, ale to jest okej – wszystko co się dzieje podczas medytacji służy temu, żebyś się jej nauczył. Z każdym krokiem, jeśli nie odpuścisz, prawdopodobnie będzie Ci coraz przyjemniej.

Krok piąty – korzystaj!

Obiecałam sobie, że o najważniejszej części związanej z medytacją nie napiszę, ale chyba nie wytrzymam. Mam na myśli korzyści. Nie wiem jak to zrobić, żeby nie  uwarunkowywać jej nimi, bo jeśli zaczniesz medytować po to, żeby osiągnąć to, o czym ktoś napisał to słabo. Na ogół mam poczucie, że lepiej jest korzyści czerpać już w trakcie procesu osiągania celu na wypadek zboczenia z drogi albo jego zmiany, w przypadku medytacji – nie wyobrażam sobie medytować w  oczekiwaniu na efekt. W sensie, łapię się na tym, że czasem oczekuję na korzyść, którą wcześniej poznałam, ale tutaj pomaga mi to zapominanie o wcześniejszych ścieżkach, o których napisałam wcześniej. Każda korzyść jest inna i jeśli się pojawi to być może na ten tylko jeden moment.

Spróbuję więc napisać enigmatycznie.

Po kilku miesiącach łapię się na tym, że kiedy nie wiem co zrobić, kiedy czuję, że niektóre czujniki wewnętrzne alarmują od razu myślę – medytuj. Jest to uniwersum, o którym najmocniej przypominam sobie wtedy, kiedy jestem w potrzebie. Jak się pewnie domyślasz nie jest to wrodzony mechanizm jak na przykład taki związany z jedzeniem słodyczy podczas stresu. Wniosek pewien być może Ci się nasuwa.

Kolejny symptom wskazujący na korzyść medytacji, jest taki, że jest to bodaj mój jedyny nawyk, który przyjął się bezspornie. Na ogół z dyscypliną u mnie na bakier, raczej podążam za tym czego potrzebuję i chcę, więc na prawdę ani jedna medytacja nie odbyła się z przymusu lub chęci wdrożenia nawyku. Mimo to, nie dość, że wchłonęłam ją w swoją rzeczywistość to jeszcze traktuję jako jej cenny element. Hm – no chyba musi coś w sobie mieć, nieprawdaż? :)

A na koniec mała metafora. Wyobraź sobie wspaniałą komnatę, do której człowiek od zawsze chciałby mieć dostęp. Drzwi do niej są jednak zamknięte i wyglądają tak niepozornie, że niewielu się nimi interesuje. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z nieznanego powodu podskakiwać do klamki umieszczonej trochę powyżej dostępnej wysokości. Nikt nie wpadłby na to, że ich otwarcie umożliwia wejścia do miejsca, o którym nic nie wie, ale kiedy je pozna to chętnie zostałby dłużej.  Niech medytacja będzie bramą do Twojej komnaty, a sama w sobie najpiękniejszą korzyścią.


Bardzo jestem ciekawa Twoich doświadczeń – podziel się nimi proszę w komentarzu :) A możesz masz jakieś pytanie? Pisz śmiało :)


UDOSTĘPNIJ TEKST – proszę i dziękuję! :)


  • Wiesz Kasia, też ostatnio łapię się na tym, że kiedy coś się dzieje nie tak – od razu zaczynam medytować. (Dobra, próbuję.) Łatwo wchodzi to w nawyk. Wszyscy jesteśmy tak naprawdę bezpieczni, cokolwiek by się nie działo na zewnątrz :) Fajnie, że napisałaś ten tekst.

    • A wiesz, ostatnio właśnie myślałam o ludzkiej potrzebie bezpieczeństwa i jej źródle w nas samych :) Dlatego nie dziwię się, że sygnał „medytuj” pojawia się najbardziej wtedy, kiedy coś mnie wyprowadza z równowagi. Postrzegam to jak ucieczkę do schronu :)