22 stycznia 2016 Kasia Potasznik 15Comment

8e4757fb37

Potrzebowałam trochę czasu, żeby zrozumieć, że moja historia jest zbieżna z tym, czym się zajmuję. Właściwie, teraz dziwię się, że wcześniej tego nie widziałam, choć jednocześnie wiem, że takie spojrzenie wymaga odwagi. Opowiem Ci o moim procesie rozwoju wewnętrznego, który trwa do dziś i trwał będzie nadal, ale który rozpoczął jeden mój krok. Jest to historia o procesie, który w dużej mierze był procesem samodzielnym, choć, jak zobaczysz, wspomagany i inspirowany różnymi bodźcami z zewnątrz. Jest to opowieść o mojej podróży w głąb siebie, którą chciałabym zainspirować Cię do tego, żebyś wyruszył w tą własną.

Część 1. Odkrywanie

Nigdy nie myślałam o sobie, że mam do czegoś talent. Byłam dobra w szkole w jednym, dwóch przedmiotach, ale żadnego z nich nie mogłam nazwać swoją pasją, czymś, w czym byłam naprawdę dobra, co sprawiało mi przyjemność i dawało satysfakcję.

Porównując się z innymi zawsze miałam poczucie bycia absolutnie przeciętnym, niczym nie wyróżniającym się, człowiekiem. Przyglądając się samej sobie miałam wrażenie, że jestem inna w sposób, który nie ma znaczenia. Było tak, ponieważ interesowało mnie… życie i wpływ człowieka na jego przebieg. Lubiłam obserwować zachowanie ludzi i zastanawiać się nad jego źródłem. Sprawdzałam na własny użytek, jak sposób myślenia wpływa na moje działanie. Lubiłam tworzyć swoje rozwiązania, docierałam do ciekawych wniosków. Raczej jednak zostawiałam je dla siebie – wszak, co nastolatka, może wiedzieć o życiu, myślałam. Poza tym, byłam nieśmiała i brakowało mi wiary w siebie. Długo więc odkrywany przez siebie świat poznawałam na własny użytek.

Kiedy miałam osiemnaście lat w moim życiu pierwszy raz pojawiło się doświadczenie, z którym psychicznie potrzebowałam sobie poradzić. Chciałam wtedy dowiedzieć się czego moja psychika będzie potrzebować i jak o to zadbać. Trochę zadaniowo podeszłam na zasadzie: jest stan, który chcę poznać i zareagować tak, aby sobie pomóc. Wypożyczyłam z biblioteki „Inteligencję emocjonalną” Daniela Golemana i dziś na pewno mogę powiedzieć, że od niej zaczęła się moja podróż. Wtedy podjęłam decyzję o byciu szczęśliwą. I tak jak to czytasz tak to wyglądało: uznałam i byłam. Zaczęłam myśleć w ten sposób i tak się zachowywać, zmieniłam swoje nastawienie i zaczęło mi być dobrze z tym, co miałam i z tym, czego nie miałam. Miałam wtedy osiemnaście lat i od tego czasu nieprzerwanie bez względu na etap samoświadomości i okoliczności nazywam siebie i swoje życie szczęśliwym. Dzielą mnie od tego momentu rozwojowe lata świetlne, natomiast dziś jestem sobie wdzięczna, że wtedy podjęłam w gruncie rzeczy prostą decyzję, która rozpoczęła najważniejszy dla mnie proces.

Część 2. Szczęście

Czas zaprzyjaźniania się ze szczęściem pamiętam jako odkrywanie swojej pierwszej „Ameryki” w zakresie zmiany życia. Byłam szczerze zaskoczona, że sam fakt kierowania się szczęściem może tak dużo zmienić. Zaczęłam dużo czytać o dobrej jakości życia i nastawieniu, coraz mocniej czułam, że szczęście jest tym, do czego mi blisko. W tym wieku myśli się o zawodzie i choć wiedziałam, co mnie pociąga, nie było profesji, która zajmowałaby się szczęściem, co nawet mnie nie dziwiło, bo szczęście, pomimo, że dla mnie ważne, generalnie wydawało się być mało praktyczne. Interesowałam się psychologią, ale postrzegałam ją jako dziedzinę, która zajmowała się problemami ludzi i raczej ich rozwiązywaniem niż ludźmi normalnymi, którzy mogliby stać się szczęśliwi. Nawet pomimo istnienia psychologii pozytywnej nie słyszałam o psychologach, którzy pracują z ludźmi nad ich szczęściem. A takim zawodem był mój zawód marzeń.

Studiowałam doradztwo zawodowe i personalne, które najlepiej odpowiadało potrzebie wspierania ludzi w wyborze ich życiowej drogi. Szczęście natomiast w dalszym ciągu poznawałam dla siebie samej i inspirowałam do niego grono moich znajomych.

Część 3. Spotkanie

Jeśli jest coś takiego, o czym jesteś gdzieś w środku przekonany, co znajduje odzwierciedlenie w niektórych źródłach, ale raczej nikt o tym nie rozmawia, niewielu podziela taki pogląd to, jakkolwiek to zabrzmi, trudno oprzeć się wątpliwością we własną normalność. Możesz to oczywiście robić dla siebie, ale jeśli czujesz, że odkrywasz świat, o którym nie miałeś nigdy pojęcia i prawdopodobnie wiele osób nie ma o nim pojęcia, to zwyczajnie masz ochotę się tym podzielić albo chociaż znaleźć potwierdzenie, że to, co Cię pociąga jest normalne. Dla mnie takim dowodem było spotkaniem kogoś, kto był psychologiem i zajmował się coachingiem, a słuchając o tym, co mówię, po pierwsze był szczerze zainteresowany, po drugie wiedział, o czym mówię, a po trzecie i najważniejsze powiedział mi, że to jest dopiero początek tego, co mogę poznać. Możesz sobie wyobrazić, jak moje oczy się wtedy zaświeciły na wieść, że chodzę po wybrzeżu tej swojej „Ameryki”.

Jeśli masz poczucie, że ta historia powinna się skończyć to błąd. Idź zrobić sobie herbatę, dopiero teraz zaczynam :)

Część 4. Olśnienie

Ten moment spotkania nie dość, że ugruntował moje przekonanie to jeszcze zdeterminował do tego, żeby zrobić coś więcej. Postanowiłam włożyć w siebie jeszcze więcej pracy i zacząć regularnie poznawać siebie. Stworzyłam coś, co dziś nazwałabym metodologią pracy z samą sobą. Wypożyczyłam kolejną książkę, od której zaczęło się następne „wszystko”. „Coaching, czyli przebudzacz neuronów” Macieja Bennewicza na poziomie mojego rozwoju sprawił, że moje skostniałe myślenie, którego lubiłam się trzymać, zaczęło stawać się bardziej elastyczne. Było to oczywiście kolejne zaskoczenie, aczkolwiek z obecnej perspektywy to nadal wersja soft :) Abstrahując od istotnego wtedy wkładu treści tej książki w mój indywidualny rozwój większe znaczenie miało dla mnie coś innego. Otóż, pewien sposób zachowania człowieka, który został tam opisany bardzo przypominał mi ten mój. Sposób mojego dotychczasowego podejścia do życia, drugiego człowieka, rozwoju, pracy ze sobą, wspierania innych, postrzegania różnych rzeczy został opisany w książce jako coaching, a autor tej książki nazywał siebie coachem i był to jego zawód. Spróbuj to sobie wyobrazić. Odkryłam swoje powołanie i tego olśnienia nie zapomnę nigdy. Napisałam o tym wówczas tak:

„Znalazłam drogę swojego przeznaczenia i powołania – cudowne odkrycie. Jest niewiarygodnie inspirująco, motywująco i tak, że dech zapiera. Nawet jeśli nie ma czegoś w szkole, jeśli wydaje się, że czas warto przeznaczyć na coś bardziej praktycznego, coś, co się opłaca to z pełną odpowiedzialnością pozwolę sobie to zdementować – warto szukać tylko tego, co w duszy gra, warto robić to, co daje spełnienie, bo każdy został do Czegoś powołany.”

Część 5. Moc zmiany

Odkryć to, do czego zostało się stworzonym to jedno, a drugie to pozwolić sobie na działanie w tym kierunku. Zaczęłam czytać i dowiadywać się o coachingu, żeby dobrze go poznać, choć w pewnym sensie też dlatego, że znowu szukałam czyjegoś potwierdzenia tego, co być może tylko mi się wydawało. Umówmy się, kto na tym świecie zostaje do czegoś powołany? W efekcie tych poszukiwań otrzymałam jednak propozycję doświadczenia swojego coachingu, żeby… „zobaczyć jak coaching wygląda i jak pracuje coach”. I tu znowu nie wiem jak to opisać, bo jeśli każdy kolejny przełom jest coraz większy to ten mój coachingowy był olbrzymi. Poznałam siłę coachingu docierającą do człowieka w jego najpiękniejszym wymiarze, a w tym przypadku nie bez znaczenie jest to, że był to mój własny wymiar. Poznałam swoje Wnętrze na poziomie, o jakim nie miałam pojęcia. Zmieniłam siebie bardziej niż mogłabym przypuszczać, że to możliwe, choć chcąc być dokładną, raczej zaczęłam być sobą pozbywając się tego, co mi przeszkadzało. A przeszkadzała mi moja niepewność, nieśmiałość, zamknięcie, grzeczność, kompleksy, poczucie winy i bycie w swojej głowie ciągłym problemem. Mój coaching zakończył się w odpowiednim sobie czasie i wyposażył mnie w cenną umiejętność pracy ze sobą, natomiast proces mojego rozwoju wewnętrznego trwa do dziś i pozwala w dalszym ciągu odkrywać „Amerykę” moich możliwości, wrażliwości, piękna, autentyczności i kilku jeszcze wspaniałych cech.

Zakończenie

Nie potrafię opisać uczucia, które teraz wypełnia moją codzienność, ale wiem, że możesz sam podobną do niej poczuć. Moja droga trochę już trwa i wiem, że jeszcze wiele części tej ciekawej historii przede mną, ale jak widzisz zaczęłam od pierwszego kroku, który zrobiłam nie mając ku temu żadnych obiektywnych powodów, przesłanek, możliwości ani potwierdzeń. Chciałam sprawdzić czy można być szczęśliwym ot tak, bez powodu. Moje życie widziałam wtedy jako bardzo zwyczajne, nie czułam się ani piękna, ani mądra, ani odważna.

Wychodzę z założenia, że z życiem nie trzeba sobie radzić, wystarczy sobie nie przeszkadzać i wspierać. Właściwie nie chodzi o to, że człowiek czegoś nie potrafi tylko o to, że nie wie, że potrafi albo, że jeśli potrafi to wątpi w to. Myślę i widzę, że jest potrzeba, aby człowiek dowiedział się, że jest wartościowy. Dlatego dziś możesz czytać mojego bloga, możesz mnie poznać i możesz do mnie napisać.

podpis

  • Piękna jest ta Twoja droga :) I myślę, że może być inspiracją dla wielu osób, które wciąż szukają swojego celu a potem zaczynają walczyć o marzenia. Piękne jest to, że w wyborze togo co robisz kierowałaś chęcią pomocy.
    Dobrze jest odnaleźć swoje powołanie i móc się w nim spełniać. Dla mnie czymś takim jest bycie nauczycielką. Kocham swoją pracę ze wszystkimi jej wyzwaniami. Daje mi ona niesamowicie dużo szczęścia i wiem, że kiedyś dobrze wybrałam :)
    Kinga

    • Bardzo ładne to, co napisałaś, chciałabym mieć taką spełnioną nauczycielkę :)

  • Piękna historia Kasiu :) To niesamowite, że tak wcześnie zaczęłaś zgłębiać tajniki rozwoju osobistego. Ja mając 18 lat nie wiedziałam chyba nawet, że coś takiego istnieje ;) Najwięcej siebie widziałam w cz. 1 Twojej opowieści. Przez szkołę podstawową i średnią orbitowałam – poza wszelkimi grupami. Niemniej jednak już od końcówki szkoły podstawowej wiedziałam, że chcę studiować socjologię, że „kręci” mnie człowiek jako istota społeczna. W szkole średniej jako jedyna w klasie na pierwszej lekcji WOS-u zadeklarowałam, że chcę zdawać maturę z tego przedmiotu ;) Praca z ludźmi jako trener „przyszła” do mnie 5 lat temu, ale potrzebowałam kolejnych 2 na to, by odwyknąć od perfekcjonizmu. I dopiero wtedy się zaczęło :))))))

    • I to pokazuje, że każdy ma tą swoją historię :) Łączy nas matura z wosu :) W liceum też miałam epizod zainteresowania tą działką :)

  • To jest takie proste, że aż trudne ;) Być szczęśliwym. Wybrać bycie szczęśliwym. Zdecydować o tym, że jest się szczęśliwym.

    • I tak, i nie. Właściwie gdyby wszystko co proste było takie proste to każdy mógłby z tej prostoty skorzystać. Sama nie lubię wywierać na sobie presji, tej rozwojowej również, jeśli szczęście jest zbyt skomplikowane to może jest coś innego, bardziej prostego w zasięgu ręki. A kto wie, czy właśnie to coś nie będzie pierwszym krokiem w kierunku czegoś nowego :)

  • Piękna historia, może być inspiracją dla wielu osób :) ja swoją drogę do szczęścia i poznawania siebie zaczęłam w trochę późniejszym wieku, bo kiedy miałam 25 lat. I jestem bardzo szczęśliwa, że odkryłam rozwój osobisty i coaching, bo dzięki temu udało mi się pokonać swoje zaniżone poczucie własnej wartości i pokonać wiele ograniczeń, które miałam w głowie. Szczęście to wybór, na który może sobie pozwolić każdy :)

  • W tak młodym wieku, gdy Ty zaczynałaś, ja miałam w głowie fiu-bździu i na pewno nie wiedziałam, że dziś będę chciała robić to co robię… podziwiam!

  • Piękny przykład tego, że wytrwałość to podstawa. Ja niestety ciągle mam z nią problem.

  • Zauważyłam, że ludzie mają problem z tym, kiedy mówię, że jestem szczęśliwa i zadowolona z mojego życia (wiadomo, coś zawsze by się zmieniło, są marzenia, plany, ale chodzi mi o całokształt) – nie umieją tego zrozumieć, a czasami wręcz uwierzyć. Zwłaszcza, kiedy sami żyję inaczej i widzą, że np. nie posiadam tych rzeczy, które oni uważają za potrzebne, czy nie robię tego, co oni uważają za przyjemne. Ale to jednak ich problem, nie mój. Ja się czuję ze sobą i swoim życiem ok :)

  • Przeczytałam dziś rano jedno, dające do myślenia zdanie, że „to my sami uniemożliwiamy sobie realizację swoich celów.” Pytanie tylko dlaczego? Myślę, że fajnie na to pytanie odpowiedziałaś.

  • I można powiedzieć, że to mentalność nas Polaków jest taka dołująca. Dobrze, że są osoby takie jak Ty, które chcą nauczyć przeciętnych ludzi uśmiechania się na ulicy bez obaw, że ktoś pomyśli, że się jest stukniętym :D Trzeba tylko znaleźć swoją drogę, nawet czasem iść pod prąd :)