11 stycznia 2017 Kasia Potasznik 8Comment

perfect-926268_1280

Zaczniemy ten tekst od jego pochodzenia. Nie będę w nim bronić perfekcjonizmu jako doświadczona perfekcjonistka. Piszę go jako osoba pozbawiona perfekcjonizmu powszechnie rozumianego przed długi okres czasu. Jako ktoś, kto często do swojego działania podchodził z podejściem „wystarczająco dobrym”. Oczywiście za ocenę poziomu wystarczającego odpowiadałam ja sama, poza więc przypadkami, w których inni oczekiwali ode mnie czegoś więcej, tam, gdzie decyzja należała do mnie w wielu sytuacjach (bo też nie zawsze) działo się „jako tako”.

Zacznijmy od podstaw perfekcjonizmu

Kiedy trafiła do mnie, popularna teraz, idea slow life, czyli życia uważnego i zaangażowanego na chwili obecnej, przyjęłam go za własny szyld. Presja, pośpiech, nadmierne wymagania to nigdy nie był mój świat i zważywszy na ich niezdrowy wydźwięk, to dobrze. Nigdy natomiast nie jest tak, że coś jest czarne lub białe i nigdy nie jest tak, że ta sama rzecz ma tylko jedno znaczenie. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że czegoś mi brakowało, a perfekcjonizm, poza wszystkim, co o nim można już przeczytać, ma też swoje dobre strony.

Zastanówmy się, od czego zależy to czy perfekcjonizm służy czy przeszkadza. Jego podwaliną, jak wielu innych rzeczy, jest poczucie własnej wartości. Kiedy czujemy się bezwartościowi, perfekcjonizm może służyć (jednak, mimo wszystko) jako tarcza ochronna w postaci wielkich efektów i super sukcesów, aby przykryć wewnętrzny dołek. Ale może też być tak, że niskie poczucie własnej wartości przekłada się na niskie oczekiwania i wymagania wobec siebie w odpowiedzi do wewnętrznego, często ukrytego, samopoczucia. I wtedy podejmowane działania bywają nijakie, miałkie i bez polotu tak, aby przypadkiem nie zaowocowały jakością, która nie przystoi.

Zmiana rodzi zmianę

Sytuacja więc mojego podejścia do działania zmieniła się nieco, kiedy moje poczucie własnej wartości uległo przebudowie, a właściwie, wróciło na należne sobie miejsce. Wtedy poczułam zawód na samej sobie o to, że nie widziałam w sobie większych możliwości, które mogłam wykorzystać.

Zobaczyłam, że dotychczasowy czas spędziłam na „przeżyciu” w warunkach istniejących w mojej głowie zamiast  na „życiu” pełną piersią. To oczywiście nie było wtedy możliwe, więc po przetrawieniu tematu, tulinek wybaczenia w relacji ze sobą również miał miejsce. Dało mi jednak do myślenia, że sięganie po więcej, brak zgody na bylejakość w sytuacji, w której w zasięgu ręki jest „lepiej”, oznacza szacunek i odzwierciedla pozytywny i prawdziwy obraz siebie. Aspiracje i ambicja natomiast może być przekonaniem o własnych możliwościach osiągnięcia tego, czego się chce.

Zrozumiałam też, że miłość między innymi stawia wymagania, bo wie, że działanie prowadzi do efektu, na które zasługujemy chcąc tego, co najlepsze. Oczywiście, że jest wyrozumiała, ale nie pobłażliwa. I w ten czas zrozumiałam również wymagania moich Rodziców, którzy niejednokrotnie widzieli w tym zakresie więcej niż ja, wierząc, że potrafię. Z resztą, choć najważniejsi, nie byli w tym odosobnieni –  każde słowo umacniające to, kim naprawdę jestem, z czasem niczym kropla drążąca skałę sprawiła, że nieśmiała i schowana ja zaczęłam żyć w pełni. To wielki skarb mieć przy sobie oczy, które widzą w tobie kogoś więcej – takich trzeba szukać, jeśli się na nie nie trafia. 

Cóż to znaczy perfekcyjny?

Jeśli więc myślę o perfekcjonizmie jako zaangażowaniu w to, w czym widzimy sens to jestem na tak.

Perfekcjonizm jest okej, jeśli zakłada czerpanie ze swojego potencjału, a nie odwracanie się od niego.

Perfekcjonizm jest dobry, jeśli sprawia, że dostarczamy sobie tego, co najlepsze, kiedy jesteśmy gotowi.


Jeśli więc mogę podjąć wysiłek dla większego dobra własnego i innych, chcę być perfekcyjna.

Jeśli perfekcyjnie oznacza bez obawy przed tym, co wartościowe – chcę być perfekcyjna.

Jeśli perfekcjonizm oznacza zaangażowanie całej siebie w to, w czym widzę sens – chcę być perfekcyjna.


Jest w tej materii oczywiście obszerna kwestia indywidualnego podejścia i zatarcia granicy znaczeniowej. Bo czy perfekcjonizm nie oznaczający miłości do siebie, ale pozwalający od siebie uciec nie służy? No, „jakoś tam” służy.

Czy perfekcjonizm, który zajmuje uwagę wędrówką do sukcesu zamiast sobą samym nie pomaga? Opacznie, na około, ale w warunkach, w których człowiek jest, pomaga.

Gdybym ja sama kiedykolwiek wcześniej cokolwiek innego mogła zrobić, zrobiłabym. Z obecnej perspektywy natomiast akceptuję całe moje życie takim, jakie było, nie dlatego, że alternatywy nie mam, ale też dlatego, że głęboko wierzę, że przez cały ten czas realizowałam ważny dla mnie pomysł na siebie.

Powracam więc do pytań o to, czy gdyby człowiek mógł lepiej to by lepiej nie zrobił? Gdyby mógł, to by zrobił.
Czy przypadkiem więc nie jest tak, że w każdej minucie życia jesteśmy perfekcyjni? Po co utrzymywać pojęcie ideału dużo powyżej nas, jeśli może stać się on naszym życiem tylko dlatego, że dzisiaj tak postanowimy?

Śmiało więc przyjmij, że jesteś perfekcyjną panią domu, kobietą, mamą czy żoną. Jesteś perfekcyjnym pracownikiem, mężem i ojcem. Jesteś perfekcyjnym człowiekiem i tak trzymaj. Zobaczysz, że inny model perfekcji twojego życia wkrótce się wyłoni i nie potrzebujesz zanim gonić. Bądź w tym, co masz, takim, jaki jesteś.


Polecam Ci również lekturę poniższych tekstów:

„Jak to jest z tym poczuciem własnej wartości?”
„Dementuję, jakoby zawsze mogło być lepiej cz. 1”
„Dementuję, jakoby zawsze mogło być lepiej cz. 2”
„Zaufanie to podstawa, czyli jak wzmocnić relację ze sobą”
„Rzecz o wybaczeniu”


Jakie jest Twoje doświadczenie z perfekcjonizmem? Zapraszam do komentarza :)


Jeśli ten tekst może być komuś przydatny dzięki Tobie, poślij go dalej.


  • Bardzo mądry wpis. Perfekcjonizm, tak jak piszesz może być dobry i zły. Jeśli łatamy nim problemy z pewnością siebie, jednocześnie skutecznie ograniczając sobie przy jego udziale odczuwanie szczęścia i spełnienia, mamy do czynienia z tym drugim.
    Kto jednak nie chciałby być perfekcyjnym partnerem, rodzicem czy blogerem? ;)

  • Fajnie, tylko że to o czym piszesz to nie jest perfekcjonizm. Perfekcjonizm to nie jest „podejmowanie wysiłku dla większego dobra własnego i innych”, „brak obaw przed tym, co wartościowe” ani „zaangażowanie całej siebie w to, w czym widzisz sens”. Perfekcjonizm (za sjp) to „dążenie do osiągnięcia doskonałości w czymś, często przesadne” lub „stanowisko etyczne przyjmujące doskonałość osobistą za najwyższe dobro moralne”. Najwyższe. To znaczy, że poświęcasz inne wartości po to, by dojść do doskonałości. Perfekcjonizm to nie są wysokie standardy. To są standardy tak wysokie, że rezygnujesz z działania, bo „nie zrobisz tego perfekcyjnie” lub nigdy działania nie skończysz „bo jeszcze nie jest perfekcyjnie”, a jeśli zmusi Cię do tego deadline, dalej nie będziesz usatysfakcjonowana. To jest cecha ściśle związana z ego, która hamuje Twoje działanie, Twoją kreatywność, w obawie o to, że nie będzie to tak doskonałe, by zaspokoić Twoje oczekiwania wobec samej siebie. Perfekcjonizm to są więc ciągłe oczekiwania, nigdy niezaspokojone, takie, które wcale nie sprawiają, że żyjesz w zgodzie ze sobą, a raczej traktujesz siebie jako ciągle niedoskonałego.

    I teraz najważniejsze: antyperfekcjonizm to NIE JEST brak standardów. I nie ma nic wspólnego z rezygnowaniem z jakości. To jest tworzenie i dawanie, nawet jeśli (lub może pomimo tego, że) nasze ego nie nazwałoby tego doskonale niedoścignionym.

    To, o czym pisałaś na końcu, że jesteś wystarczająco dobra, to jest właśnie akceptacja i przeciwieństwo perfekcjonizmu.

    • Z takiego punktu widzenia masz rację :) Myślę jednak, że każdy na własny użytek perfekcjonizm definiuje indywidualnie i dla każdego po przeniesieniu na własny grunt, oznacza coś innego. Tekst opiera się na moim postrzeganiu perfekcjonizmu i zmianie jego kształtu, która rzuciła twórcze światło na działanie w moim przypadku.

      • Jasne, że możesz wymyślić sobie zupełnie inną definicję perfekcjonizmu, niż ta słownikowa, i używać jej na własne potrzeby. Ale kiedy zaczynasz o nim z kimś rozmawiać, np. w postaci tego wpisu, traci to sens. Bo jeśli ktoś wskaże błąd w myśleniu, zawsze powiesz „a, bo moja definicja krzesła jest inna niż ta w słowniku!”.

        Dla mnie spoko, nie nalegam, ale w takich miejscach niekoniecznie da się rozmawiać, bo nie wspólnego słownika – czyli bazy pojęć, na których zawsze możemy się wspólnie oprzeć, dążąc do odkrycia prawdy czy zrozumienia siebie nawzajem (bo w takim celu stworzono słowniki pojęć).

        • Rozmowa dla mnie opiera się na wymianie i ciekawości różnic swoich spostrzeżeń – Ty widzisz tak, ja widzę tak. Trudno natomiast się porozumieć, kiedy jedna ze stron zakłada, że coś może być błędnie pojmowane. Moje pojmowanie perfekcjonizmu było i jest takie, jak w tekście napisałam i wydaje mi się, że bez względu na powszechnie przyjęty punkt wyjścia, a może właśnie przede wszystkim ze względu na inne ujęcie, może być dla niektórych inspirujące.

          • Kasia, nie chciałam Cię urazić! Ja nie mówię, że się z Tobą nie zgadzam, tylko że przez to, że korzystasz z własnych definicji istniejących już słów, nie jesteśmy w stanie płynnie się porozumieć. :(

  • a widzisz i wychodzi na to, że zalezy od tego, jak spojrzymy na perfekcjonizm i jak definiujemy to slowo…a dzisiaj jest moda na to, by nie być perfekcyjna, co jeszcze bardziej wypacza znaczenie tego slowa….bo ma ono jakby nie patrzec znaczenie pjoratywne

    • Oczywiście, że tak. W wielu przypadkach jest tak, że każdy indywidualnie określa i nadaje znaczenie pewnym rzeczom. I dla mnie to jest piękne, że w jednym świecie jest miejsce dla tylu różnych światów :)