5 kwietnia 2016 Kasia Potasznik 1Comment

porządek wszelkiej słuszności
W ostatnim  czasie coraz mocniej poznaję wartość dostrzegania sensu w tym, co mnie otacza i spotyka. Zainspirowana książkami Katie Byron przyglądam się swoim możliwościom w tym obszarze.

TUTAJ PRZECZYTASZ O METODZIE PRACY KATIE BYRON

Co ciekawe, zdarzyło mi się taki stan już kiedyś poczuć i określić jako „wszelką słuszność”.  Wszelka słuszność to stan, moment, który jest właściwy, odpowiedni, dokładnie taki, jak powinien.  Słuszność objawia się tym, że nie czuję, żebym w tej  chwili miała lub powinna być w innym miejscu. Nie czuję, że powinnam być inna. Nie czuję, że powinnam spełniać warunki. Nie czuję, że powinnam robić coś innego.  Nie myślę, że coś innego na mnie czeka, że coś w tej chwili tracę przez wyobrażenie równoległego biegu zdarzeń. Wszelka słuszność jest stanem, który obejmuje wszystko, co jest i pozwala poczuć życie w nieco inny sposób. Pozwala odetchnąć, skupić się, zadowolić, a przede wszystkim czerpać z bogactwa możliwości ukrytych za częstym „to nie tak”.

Bo przecież często myślimy, że jest nie tak, jak być powinno. Często czujemy, że miejsce, w którym jesteśmy jest  nieodpowiednie. Często za jednoznaczne uznajemy „inaczej” i „lepiej”. I do licha, niewielu z nas potrafi zmienić zastany stan rzeczy i równie niewielu potrafi otworzyć się na to, co mamy. Bardzo chcemy mieć wpływ, bardzo chcemy, żeby coś od nas zależało, bardzo chcemy mieć poczucie, że za coś odpowiadamy. Tworzymy misterne konstrukcje i obudowujemy się argumentami za tym, że oto stanowimy o czymś ważnym. Czyżby? Nie jestem od pewnego czasu o tym tak bardzo przekonana.  Nie jestem o tym przekonana od momentu kiedy życie wyrównuje moje egotyczne przekonania o tym, że wiem jak powinno być. Bo, do licha raz drugi, skąd mam wiedzieć czy coś jest dobre, jeśli tego nie sprawdzę? I odwrotnie – skąd mam wiedzieć, że nie jest dobrym to co jest, jeśli z góry zakładam inaczej?

Nazywanie nienazywalnego

Chcę wiedzieć i ilekroć myślę „oho, to jest ten kierunek” dostaję sygnał „a wcale nie”. W istocie, świetna zabawa! :) Kto wie jednak, że najlepiej jest uczyć się poprzez zabawę właśnie, ten być może dostrzeże w tym mądrość. Coraz częściej więc nie mam ochoty już określać tego, co jest. Silna potrzeba robienia tego co „właściwe”, „będzie dobre”, chęć podejmowania najlepszych decyzji ma się niekiedy nijak do naszych możliwości. Konia z rzędem temu, kto potrafi wziąć pod uwagę wszelkie przesłanki wpływające na efekt działań, które chcemy podejmować.  Chapeu bas wobec tych, którzy są w stanie przewidzieć co może na nas czekać na wybranej ścieżce. Zastanawiam się czy sami ze sobą trochę nie bawimy się w podejmowanie ważnych decyzji, określenie swojego życia poprzez odbiegające od życiowej wartości wskaźniki i nadawanie mu znaczenia, które przecież ma przez sam fakt istnienia. 

Brałam udział kiedyś w wykładzie prof. Bralczyka, który mówił o tworzeniu zdań i nazywanie za ich pomocą rzeczywistości. Zwrócił uwagę, że jeśli coś zostaje nazwane staje się od razu nieco mniej oczywiste niż to, czego nazywać nie trzeba.  I chyba rzeczywiście – nie mówię przecież, że jestem człowiekiem, niezmiernie rzadko zwracam uwagę na swoje imię, nie muszę sobie przypominać ani mówić, że oddycham. Podążając za tokiem myślenia Profesora, kiedy o czymś mówię to tak jakbym sama sobie chciała o tym powiedzieć albo siebie do tego przekonać. Dajmy na to „jestem piękna”. Porównując to  zdanie ze zdaniem o byciu człowiekiem, które rzadko formułuję, rzeczywiście dostrzegam powiązanie między tym, że bardziej czuję się człowiekiem niż piękną – choć wiem, że obiektywnie oba zdania są sobie równe: tyle samo we mnie piękna, co człowieka. I jeśli przełożyć to na grunt nazywania swojej codziennej rzeczywistości i życia to… ulala. Wyszło mi, że sporo sobie wmawiamy odbierając doświadczenie jego nazywaniem.

Słuszność tu i teraz

Kiedy pierwszy raz poczułam ten stan byłam zdumiona jego jakością. Nie dawałam wiary, że na prawdę w konkretnej chwili nie ma nic ważniejszego, innego, cenniejszego, co mogłabym robić. Nie było w tej chwili dla mnie innego lepszego miejsca, towarzystwa ani czasu. To, co było, było ze wszech miar wystarczające i czułam, że znalazłam się w przylądku wszelkiej słuszności.  Uznałam jednak, że owa słuszności jest odpowiedzią na warunki zewnętrzne, które wówczas były w mojej ocenie sprzyjające i dokładnie takie, jak chciałam (albo myślałam, że chciałam). Wtedy nie miało to znaczenia, ale zaczęło mieć kiedy warunki się zmieniły, bo wraz z ich odejściem odeszło poczucie, że jest jak powinno. Nie było tak i nie chciałam, żeby słusznym było cokolwiek innego. I dziś z perspektywy czasu, kiedy do wątku słuszności wracam w wymiarze codziennym, myślę, że gdyby moje  sprzyjające warunki nie uległy zmianie, owszem byłabym być może cały czas w swojej słuszności, ale solidnie uzależniona od tego jak jest.  To mi pokazuje, że jakiekolwiek uzależnienie od tego co potrafimy skategoryzować przeszkadza.  Jeśli uzależniamy się od warunków zewnętrznych to stajemy się ich niewolnikami. I ciągle tylko sprawdzamy: „dobrze czy źle?”, „sukces czy porażka?”, „chcę tego czy nie chcę?”. A gdyby tych pytań nie stawiać i stanąć obok?

Przekonuję się więc coraz mocniej, że w takim postrzeganiu potrzebne jest odwrócenie w postaci decyzji,  że bez względu na okoliczności zawsze znajduję się w przylądku słuszności. Sama go sobie stwarzam tak jak ziemię otacza atmosfera: słuszność wynika z mojego sposobu myślenia, a nie z tego czy coś mi odpowiada czy nie. To również uwalnia od dyktanda własnych kaprysów i oczekiwań.

Porządek wszelkiej słuszności w praktyce

Czymże on jest poza tym, że przekonaniem? Jak do niego dojść?

Kierując się spełnieniem, cokolwiek to dla Ciebie znaczy.

Ilekroć odkrywam takie zakamarki ludzkiej świadomości, o której dotąd nie słyszałam i nie znałam to tyle samo razy zastanawiam się jak pomóc w dotarciu do niego komuś, kto również chciałby. W tym przypadku, Tobie. I szczerze napiszę, że nie wiem, ale wiem, że jeśli przyjmiesz ten wektor, jednym słowem, jeśli poczujesz, że chcesz odnaleźć swój przylądek wszelkiej słuszności, nieuwarunkowany czymkolwiek to rzeczywistość szybko zacznie się z Tobą „bawić” i drogowskazy się pojawią. To trochę będzie wynikać z ukierunkowania uwagi, trochę z Twojej czujność, a trochę z  „darów sytuacyjnych losu”. Zaczniesz wykorzystywać materiał, który posiadasz do tego, aby dotrzeć do celu.

Dla mnie, póki co, na poziomie codziennym, wszelka słuszność sprowadza się do niemyślenia o alternatywach, które i tak nie nastąpią. To sprawia, że słusznym jest kiedy budzik nie zadzwoni, słusznym jest stanie na czerwonym świetle, słusznym jest stanie w korku i rozlane mleko. Słusznym jest to, co robię, to, co dzieje się i koniec kropka, choćby dlatego, że jednocześnie nie można zrobić wszystkiego i czegokolwiek innego. Wcześniej nie było dla mnie to takie oczywiste, czułam, że w jednej chwili powinnam wszystko, najchętniej z umiejętnością cofnięcia czasu po to, żeby zdążyć „na czas”.

Jako, że ze słusznością dopiero oswajam się, to pewnie jeszcze trochę czasu potrzebuję, aby każdy moment był słuszny i pewnie trochę czasu potrzebuję, aby słuszność przeniknęła moje kaprysy. Nie mniej, już teraz, rekomenduję ten stan.

Przyjemnie się oddycha kiedy czujesz, że jest dobrze, Ty jesteś odpowiedni, a otaczające Cię warunki skrywają większe bogactwo niż nieistniejące źródła, o których chętnie myślimy. Dajmy spokój temu myśleniu, przestańmy się zastanawiać nad swoimi parametrami. Otwórzmy się na chwilę i w niej trwajmy.


Podoba Ci się koncepcja wszelkiej słuszności? :)


Udostępnij ten tekst – niech słuszność popłynie do Twoich Przyjaciół :)


Dołącz do NEWSLETTERA SPEŁNIENIA! :)


* Dołącz do DRUŻYNY SPEŁNIENIA *

  • Czasem trudno się z tą słusznością pogodzić. Mamy utarty, zaplanowany obraz tego jak TA chwila powinna wyglądać. Mamy zbyt dużo wyobrażeń, zbyt dużo reguł które musimy spełnić, by zaklasyfikować tą chwilę jako właściwą.
    Z regułami jest niestety tak, że w pewnym momencie zaczynają nas one obezwładniać,
    odbierać nam spontaniczność, radość życia i cieszenia się chwilą.
    Dawid