4 października 2016 Kasia Potasznik 7Comment

zmiana-jest-konieczna

Przed nami, czwarty i ostatni w tym cyklu przeszkadzacz zmiany. Przyjrzymy się dziś presji zmiany, która, mam wrażenie, przechodzi swój okres świetlny. Czy to pomaga? Zobaczmy.

Osobiście jestem uczulona na jakikolwiek przymus i kiedy tylko go czuję, reaguję niechęcią i oporem. W kwestiach nie pozwalających na kompromis decyduję się na swój wybór i przyjęcie tego, co się obecnie realizuje (dokonało się czy tego chciałam czy nie, a mój opór w tej chwili nie ma większego sensu). Jeśli chodzi o zmianę, radykalizm nie ułatwia sprawy, ponieważ tworzenie sobie sytuacji bez wyjścia powoduje, że czujemy się jak w klatce. A w klatce nie ma zbyt wielu możliwości, jeśli chodzi o kreatywność, rozwój i osiąganie marzeń. Nie wyobrażam sobie z resztą, aby ktokolwiek mógł dążyć do spełnionego życia pod presją.

Skąd bierze się konieczność zmiany?

Może wynikać z sytuacji, która w obecnym kształcie nie pozwala na rozwój i szczęście. Dzieje się tak, kiedy po prostu wiemy, że to, co jest wymaga zmiany. I teraz – albo podejmujemy kroki w tym kierunku chcąc dla siebie jak najlepszych warunków (to jest opcja, do której warto dążyć), albo ich nie podejmujemy, bo jesteśmy w klatce, która uniemożliwia jakikolwiek ruch (to jest opcja, której warto unikać).

Jaka jest różnica?

Taka, że w pierwszym przypadku obecne warunki są akceptowane, ale poza nimi dostrzegane są możliwości warte wykorzystania i dlatego coś decydujemy się zmienić.

W drugim, obecna sytuacja jest nieakceptowana, często odrzucana i tym bardziej utrwalana.

Długo nie rozumiałam paradoksu zmiany, którą wyklucza brak akceptacji, a teraz wiem, że akceptacja stanu obecnego jest żyzną glebą dla zmiany. Dlatego, że nie ma w niej mowy o krytyce, wyrzutach, a przede wszystkim chęci ucieczki, która być może nigdy nie nastąpi.

Jeśli zrobimy eksperyment i spróbujemy wprowadzić zmianę w obszarze, który akceptujemy, ale wiemy, że „dla naszego dobra” można coś w nim zmienić i drugą w obszarze, którego nie akceptujemy i próbujemy zmienić „na siłę” to zgadnij gdzie pójdzie Ci łatwiej.

Wnioski są się klarowne, prawda? Rozwój nie jest i nie może być wojną przeciwko samemu sobie.

Swego czasu próbowałam zachęcić siebie do aktywności fizycznej, ale ewidentnie podchodziłam do tematu jak pies do jeża. Zadałam sobie pytanie „o co chodzi?” skoro wiedziałam, że ruch dobrze robi moim emocjom, umysłowi i ciału, a nawet daje przyjemność. Okazało się, że idzie o to, że dużo silniej wierzyłam, iż uprawianie sportu jest ucieczką od obecnej siebie. Miałam silne przekonania dotyczące aktywności fizycznej związane z tym, że jest ono sposobem, aby się obecnej siebie pozbyć, a jednocześnie połączone z koniecznością i przymusem wyglądania lepiej niż obecnie (bo przecież daleko mi do ideału, myślałam).

Istotnie, w pewnym sensie zmiana sylwetki wpływa na odejście od tej obecnej, natomiast nie miałam ochoty traktować sportu jako odrzucenie siebie tym bardziej, że świadomie przestałam łączyć siebie z tym, jaka jestem (pisałam o tym w poprzednim tekście). W pierwszej chwili tego odkrycia mnie zamurowało, ale zrozumiałam ten ciągły problem z zebraniem się do ruchu. Wytłumaczyłam sobie więc obecny stan rzeczy i teraz mam pewność, że ruch nie jest sabotowaniem siebie, a przyjemnością i troską o własne zdrowie. Inaczej, prawda?

Ten przykład myślę, dość dobrze, obrazuje sens tego tekstu.

Zmiana jest materią delikatną i wymaga delikatnego podejścia: wyrozumiałości, cierpliwości, a przede wszystkim uznania, że jeśli nie nastąpi (za pierwszym, piątym albo piętnastym razem) to świat się nie zawali, bo tak, jak jest, jest całkiem w porządku. I wtedy w porządku będzie podejmowanie prób i popełnianie błędów. A takie warunki są dla zmiany warunkami all inclusive.

Jeśli będziemy wdrażać zmianę z intencją dostarczenia sobie tego, co najlepsze i zadbania o siebie najlepiej, jak to możliwe, to gwarantuję, że otrzymamy od siebie potrzebne w tym celu wsparcie.

Trzymam kciuki!

Jeśli będziesz potrzebować wsparcia we wdrożeniu swojej zmiany, pisz do mnie śmiało! :)


Przeczytaj poprzednie teksty z cyklu „przekonania przeszkadzające w zmianie”

# 1 „Nie uda mi się”

# 2 „Nic już nie będzie takie samo”

# 3 „Robię to wbrew sobie”


Fajnie, że jesteś :)


Napisz w komentarzu jak wyglądają Twoje doświadczenia ze zmianą, a jeśli ten tekst Ci się spodobał, podziel się nim z innymi.

  • Bardzo dobry tekst. Ja sama widzę to po sobie. Kiedy czuję na sobie przymus, podobnie jak Ty, reaguję niechęcią i oporem. Zmienianie czegoś w swoim życiu pod naciskiem – czy to własnym czy ze strony innych sprawia tylko, że nabieramy niechęci do jakichkolwiek zmian i zaczynamy postrzegać je jako coś bardzo trudnego i nieprzyjemnego. A wcale tak nie musi być, wystarczy dokonywać zmian w zgodzie ze sobą.

  • Najgorzej gdy ma się świadomość, że trzeba coś zmienić, ale nic się z tym nie robi i liczy na to, że „jakoś to będzie”. Niestety w życiu nie ma tak kolorowo i nic samemu się nie zrobi.

    • Za to na szczęście sami możemy całkiem wiele zrobić :)

  • a to ciekawe, bo teoretycznie na pierwszy rzut oka wydaje się, że zmianę łatwiej wprowadzić wtedy, kiedy rzeczywistość nas wkurza i irytuje i za nic nie jestesmy w stanie jej zaakceptować…ale zgadzam się, gdy mamy bezpieczną furtkę za sobą, poczucie, że w razie co mamy do czego wracać łatwiej podjąć decyzję

    • W niektórych przypadkach, kiedy jesteś pod tzw. ścianą i jedynym rozwiązaniem jest zmiana, konieczność pomaga w zmianie, natomiast generalnie taka presja nie sprzyja i lepiej zadbać o komfortowe warunki swojego nowego dyskomfortu :)

  • Wiem o co chodzi, nienawidzę czegoś musieć. Wtedy od razu chcę to odrzucić i udowodnić, że wcale nie muszę, nawet jeśli to oznacza działanie na własną szkodę… trochę to głupie, ale wytłumaczenie sobie, że coś jest dla mnie dobre i że tego nie muszę, tylko chcę, naprawdę pomaga :)